Patrycja & Marcin i ich niezwykły ślub

1. lipca 2018. Ślub Patrycji i Marcina

Niedziela, 1 lipca, godzina 7:00 rano. Alarm w telefonie wesoło wygrywa pierwsze riffy „Hit That” zespołu Offspring (jeśli uwielbiacie jakąś piosenkę, nie popełnijcie mojego błędu i nigdy nie ustawiajcie jej na budzik, od miłości do nienawiści nie ma daleko, jak mawiał klasyk).
Budzę się, nie do końca pamiętając, jaki mamy rok. Nie chodzi o słynną w naszym nieszczęśliwym kraju przypadłość, która dotyka wiele osób w niedzielny poranek. Dzień wcześniej pracowaliśmy, na nota bene bardzo udanym ślubie Agaty i Jakuba, który opisywaliśmy na blogu już wcześniej. W każdym razie, po 5 godzinach błogiego snu, czas wstawać, gdyż rozpoczynamy kolejny pracowity dzień. Ale już od dłuższego czasu wiedzieliśmy, że ten dzień będzie wyjątkowy, i nie pomyliliśmy się.

Ślub Patrycji i Marcina obfitować miał w rzeszę naszych znajomych, na których zawsze można liczyć w temacie dobrej zabawy, więc wiedzieliśmy, że będzie się działo 🙂

Z uśmiechem na ustach, po porannej kawie spotkaliśmy się w biurze. tego dnia realizowaliśmy jedynie materiał filmowy, dlatego byliśmy w okrojonym nieco, trzyosobowym składzie.
Zdjęciami z kolei zajmował się Dawid Mazur, człowiek, którego usługi z czystym sumieniem poleciłbym każdemu, nawet obudzony w środku nocy.

W drogę!
Checklista odhaczona, sprzęt sprawdzony i spakowany, czas ruszać. Trzech ślubnych muszkieterów wyjeżdża w bój!
Zapytacie, czemu trzech, a nie jak zazwyczaj, dwóch?
Otóż postanowiliśmy nieco wykorzystać naszego szefa Andrzeja, żeby też się przydał, zamiast korzystać z dobrodziejstw wolnej niedzieli 🙂

Ale, z racji iż mamy serce, był z nami jedynie do momentu rozpoczęcia mszy ślubnej.

Pan młody

Zajechaliśmy więc pod dom Pana młodego. Jak to ma zazwyczaj miejsce, balony i ozdoby rozwieszone na ogrodzeniu wskazały nam bezbłędnie drogę. Po przywitaniu się z domownikami oraz fotografami, zaczęliśmy pracę.

Marcin nie wyglądał na zestresowanego, z uśmiechem na twarzy wskoczył w ślubny garnitur, i był gotowy na najważniejszy dzień życia. Oczywiście wspierała go rodzina i jego świadek.

   

W międzyczasie Andrzej też nie próżnował, i zarejestrował ujęcia lotnicze naszej małej metropolii. Tak wiec w pogodnych nastrojach wyruszyliśmy na kolejny etap: sprawdzić, jak tam miewa się przyszła Pani młoda – Patrycja.

Pani młoda

   

do Patrycji daleko nie mieliśmy, raptem kilka minut jazdy. Przywitała nas rozpromieniona już na wstępie, machając nam z okna, co nie mogło umknąć naszym obiektywom.
Gdy weszliśmy, emocje wisiały w powietrzu, a atmosferę ekscytacji można by kroić nożem.
Stresowała się nie tylko Patrycja, ale także jej świadkowa – Wiola (Zastanawiam się, która bardziej przeżywała ten dzień).

Jednak przygotowanie Panny młodej „do wydania” Marcinowi przebiegło także bardzo sprawnie, w luźnej, humorystycznej atmosferze, a Patrycja, gotowa czekała na narzeczonego, który niebawem się zjawił.

Przywitali się w progu domu, a uśmiechy na twarzach pokazują doskonale, jak ważna to dla nich chwila.

Msza

   

Po bardzo wzruszającym błogosławieństwie, udzielonym przez rodziców, i krótkiej chwili wytchnienia, wyruszyliśmy całym peletonem samochodów do Strzyżowskiego kościoła.

Dzięki bardzo skomplikowanym zabiegom logistyczno-strategicznym (Andrzej wyjechał wcześniej), udało nam się przyjazd nowożeńców uchwycić także z powietrza.

Dzięki Bogu pogoda dopisała, mimo że deszcz (dosłownie) wisiał w powietrzu.
Pożegnaliśmy się z Andrzejem, a chwilę później rozpoczęło się nabożeństwo.

   

Ślubu naszym nowożeńcom udzielił ks. Piotr Gnat, który jak zwykle nie zawiódł, i samą obecnością uświetnił ten dzień, a jego kazanie i słowa skierowane do Patrycji i Marcina były jedyne w swoim rodzaju, i na pewno zapadną im na długo w pamięć.

Oprawę muzyczną ślubu (i to jaką!) zapewniała aż czteroosobowa grupa! Po złożeniu przysięgi małżeńskiej, wszyscy goście nagrodzili oficjalnych już małżonków gromkimi brawami.

Gdy msza dobiegła końca, Dawid zrobił grupowe zdjęcie pod kościołem i ruszyliśmy nieco przed całym orszakiem do lokalu weselnego – Siedliska Janczar w Pstrągowej.

Hej wesele!

Bardzo lubimy siedlisko Janczar. Lokal jest duży, przestronny, ładny w środku i na zewnątrz, długo by wymieniać jego zalety.
Zabawę weselną prowadził zespół Lola Band, nasi dobrzy znajomi. Z entuzjazmem przyjęliśmy informację, iż to z nimi będzie Nam dane pracować. I podobnie jak w przypadku Dawida, ich też z czystym sumieniem mogę polecić.                                                                                                 Świetni muzycy, i bardzo pozytywni ludzie, od samego wejścia i przywitania sypały się żarty, humor i śmiech. A wtedy aż się chce pracować.
Goście zaczęli się zjeżdżać, co druga twarz była znajoma. W końcu przybyli i Państwo młodzi. Tradycyjne przywitanie chlebem i solą, kieliszki za siebie, żona na ręce i jazda! Zabawa zaczęła się na dobre.

   
Patrycja i Marcin otworzyli zabawę pierwszym małżeńskim tańcem, w tle leciała piosenka ‚W całość ułożysz mnie” Ani Wyszkoni, która dopełniła klimatu miłości obecnego na całej sali.

Nowożeńcy za swój taniec otrzymali zasłużone owacje, a orkiestra zaprosiła wszystkich gości do zabawy. I jak na rozkaz, parkiet zapełnił się w kilka sekund, za co gościom ogromne chapeau bas!
I tak było właściwie aż do samych oczepin, parkiet pusty pozostawał jedynie na przerwach, co nie dziwi, gdyż zarówno okolica zachęcała, by wyjść na chwilę na zewnątrz, jak i wiejski stół kusił bardzo dobrymi wyrobami.

Najbardziej chyba zapadła mi w pamięć piosenka „Highway to hell” , na której chłopaki zrobili po prostu armagedon, dawno nie widziałem tyle energii!

Właściwie każda chwila na parkiecie była warta uwiecznienia, momentami ciężko było połapać się, co gdzie się dzieje, a działo się dużo 🙂

Dość wspomnieć, że nawet sesja fotograficzna musiała zostać wstrzymana, gdyż Panowie spontanicznie zaczęli podrzucać panem Młodym.

   

O północy rozpoczęliśmy tradycyjne oczepiny. Welon Patrycji złapała jej świadkowa – Wiola, której mina doskonale mówi, jak ją to zaskoczyło.
Po oczepinach spakowaliśmy się, pożegnaliśmy zespół, fotografów, i przede wszystkich Państwa Młodych, i zmęczeni, acz zadowoleni wróciliśmy do domów.

   
Całość materiału dopełnił plener, zrealizowany dwa dni później, w moim chyba ulubionym miejscu, ale gdzie, dowiecie się już niebawem, oglądając teledysk z tego wspaniałego, pełnego wrażeń dnia 🙂

   
Sto lat młodej Parze!

Lubie to!
7